Toruń - Olsztyn - restauracje - knajpy - opinie - recenzje - obsługa - jedzenie
Znam takich, którzy fortunę zostawili w maszynach hazardowych. Są i tacy - o nich nie trudno- którzy piją. Trafiają się filateliści i inni hobbyści. Kolega dwa lata odkładał i kupił sobie czterdziesto-calową plazmę. Ja jadam "na mieście". Taka to moja słabość. I aby było jasne nie jestem ekspertem kulinarnym, mam średnio wyczulone podniebienie, nie kończyłem szkoły gastronomicznej. Moje obserwacje odnoszą się głównie do standardu lokalu, otoczki wokół jedzenia. Same smaki są warunkiem koniecznym, ale niewystarczającym. I kiedy kolejny raz fajnemu posiłkowi towarzyszyła chamska/nieudolna/zła obsługa, otoczka powiedziałem "NIE" - i tu to opisuję.

sobota, 27 marca 2010

My Fish - Olsztyn

     Aż sam się dziwię, że wcześniej tam nie trafiłem. W centrum miasta, wygodny parking i ładny, wolnostojący budynek. Nie jestem wielkim fanem ryb, ale uwielbiam eksperymenty i wyzwania. Zaryzykowałem.
     Wnętrze bardzo przestronne, ale zimno jak w Suwałkach. Konwencja wystroju to chyba chata, ukrywającego się przed mafią Masy, nad jakimś kanadyjskim jeziorem. Ładnie, mnóstwo miejsca, czysto, tylko drewno, i podłoga, która wyglądała na niewypoziomowaną. Dookoła wielkie witryny, dzięki którym można z jednej strony podziwiać przebiegającą tuż obok ruchliwą ulicę, ale z drugiej całkiem przyjemny wodospad Łyny. Poważną skazą estetyczną tej krzywej, drewnianej stodoły są wielkoprzekrojowe, niezamaskowane przewody klimatyzacyjne/wentylacyjne. Przez cały lokal ciągną się takie aluminiowe rury pod niskim sufitem - brzydactwo.
     Na kelnera nie przyszło mi długo czekać, ale kiedy się pojawił chyba pożałowałem, nie ON chciał, abym pożałował, że śmiałem się tam, wtedy pojawić i przysporzyć mu roboty. Na przeciwko mnie, na szeroko rozstawionych nogach, stanął wyżelowany, dobrze zbudowany podrostek i bez owijania w bawełnę zaczął: "Zamawia Pan coś?". Jak Boga kocham chłopak miał konfrontację wypisaną na twarzy. Lekko opuściłem gardę, i postanowiłem złożyć zamówienie - ryzykując obicie ryja. 
     W zgrabnie skomponowanym menu znalazłem wkładkę, na której to były polecane dania. Wiec, jako że byłe w knajpie rybnej (My FISH) poprosiłem o rybę (gatunku nie pomnę) "w domowej zaprawie/marynacie". Troll wycedził: "Nie ma". Dlaczego tak krótko, zastanowiłem się odważnie - nie zważając na fakt, że ryzykowałem uszkodzenie ciała za marnowanie cennego czasu PANA kelnera. Po paru chwilach już wiedziałem... Jeśli coś często mamy powtarzać, to dla wygody warto temu nadać krótką formę - na przykład: "Jaaa, gooot!", zamiast: "Właśnie tak proszę, nie przerywając, kontynuować w ten sposób dalszą stymulację moich narządów rozrodczych, Panie obywatelu Republiki Federalnej Niemiec". W ciągu minuty dowiedziałem się, że spośród dań z karty, na które miałem ochotę, nie posmakuję dziś ŻADNYCH ryb wędzonych, ani nawet ze wspomnianej wkładki ryby zapiekanej z warzywami... My FISH... Zatem postanowiłem się zdać na kelnera tejże rybnej restauracji i zapytałem co mi w takim razie poleci, bo ja chyba nie mam szczęścia do ich karty... Krótko i zwięźle zaproponował "stek z polędwicy"... My FISH.
     Ostatecznie udało mi się zamówić przekąskę w postaci grzanek z masłem czosnkowym, zupy "Rybackiej", oraz pieczonego halibuta. Zaczęło się od czekadełek, którymi były.... grzanki z serkiem. Ile by kelnera kosztowało poinformowanie mnie, że tak podobne do zamówionych przeze mnie grzanek będą czekadełka... zmieniłbym pomysł i nie dublował, a tak grzanki goniłem grzankami... Oddać trzeba, że grzaneczki jakkolwiek nie w klimacie tej knajpy (My FISH) to smaczne. Zamówiłem dwie wody mineralne - gazowaną i niegazowaną. Uprzejmy PAN kelner uraczył mnie tylko jedną szklanką pewnie gdybym zwrócił uwagę, to zbierając zęby z podłogi usłyszałbym: "woda jest woda, a i zmywania mniej." Zupa został adostarczona, przez innego kelnera, jak jeszcze z grzankami walczyłem - ale ten zdaje się nie widział w tym żadnego problemu i tylko ograniczył się do uwagi: "nasza kuchnia, ostatnio działa jak błyskawica". O innym aspekcie jej prawdy miałem się przekonać przy konsumpcji dania głównego, zanim jednak do tego dojdę dwa słowa o zupie. Mimo faktu, że już letnią musiałem spożywać, to w smaku bardzo dobra. Sporo warzyw i duże, dobrze przygotowane kawałki ryby. Całość lekko pikantna, ale smak ryby był świetnie wyeksponowany, a właściwie tego co w rybie najlepsze.


      Co do dania głównego, to mam kilka hipotez. Może to strzał błyskawicy zesmarzył, spiekł tak halibuta, że ten stał się rozlazły, tłusty i niejadalny. Może grom z jasnego nieba dosięgnął kucharza, który działał bez zmysłów i pozwolił aby jego kuchnię opuścił taki koszmar. Może w końcu piorun oślepił kelnera, który po tym jak zgubił, rybę zmuszony był ją przez klika minut wyławiać z gara z wrzącym tłuszczem...  Dawno nie jadłem tak źle przygotowanej ryby. Zaserwowana do całości kapusta modra miała absolutnie koszmarny posmak - jakby całą zimę spędziła w starym akumulatorze. Całość uzupełniona była ziemniakami pieczonymi, które w odróżnieniu od reszty okazały się smaczne i zjadliwe.
     Zapłaciłem 60 złotych (z napiwkiem) - za posiłek dla jednej osoby to wygórowana cena - szczególnie wziąwszy pod uwagę jakość całości. 
     Właściwie to sam jestem sobie po trosze winien. Wiele razy powtarzałem i radziłem, aby nie ulegać pokusie ryb z dala od wody i sezonu... trafiłem w marcu - poza sezonem - do knajpy najwyraźniej sezonowej. Uczciwie się zastanawiam, jak oni przy takim standardzie usług radzą sobie nawet w sezonie... ale nie moja to sprawa. Rzecz druga to zaniedbania właściciela. Z jednej strony atrakcyjne położenie, chwytliwa nazwa, ciekawa architektura lokalu. Widać, że tam gdzie wszystko od właściciela zależało było świetnie: bardzo ładna zastawa i sztućce, własne, rybne podkładki na stołach, profesjonalne, przejrzyste menu. Tam gdzie trzeba było się zdać na innych ludzi - obsługę - porażka. Kelnerzy bez podstawowej, niezbędnej kindersztuby, kucharz bez talentu. 
     Zamawiając i decydując o wyborze restauracji, dań trzeba uwzględniać zarówno trzy pierwsze wymiary -  odnoszące się do przestrzeni ale i czwarty czas. Nie warto zamawiać osypka w Płocku, podobnie jak nie posmakują nam truskawki w lutym. Z pewnością w odniesieniu do ryb i owoców morza branie pod uwagę wszystkich czterech wymiarów jest koniecznością.

poniedziałek, 22 marca 2010

Mediterian - Toruń

     To było jakieś 3, może 4 lata temu - całkiem niedawno. Nigdzie, bo w środku blokowiska, na parterze koszmarno-gierkowskiego pawilonu powstała restauracja śródziemnomorska. Powstała na tym szarym, syfiastym osiedlu, gdzie trawa rośnie tylko między płytami chodnika, a smutni ludzie za restauracją mają budkę z kebabami koło Żabki. I jakkolwiek z zewnątrz wyglądało to nieciekawie - jakieś oklejone witryny, to środek bardzo przyjemny. Żywe kolory, i jasne wnętrze. Architektura wnętrza i meble w stylu "dużo krągłości, kółek, zaokrągleń i półkoli". Sporo mauryjskiej ceramiki ale i piaskowiec. Bardzo funkcjonalnie rozlokowane stoliki z wygodnymi kanapami. Pyszne, ciekawie zaaranżowane jedzenie w klimacie obrzeży Morza Śródziemnego i  przyzwoita obsługa. Niestety było tak tylko na początku. Z opływem kolejnych miesięcy wszystko zaczęło się psuć. Pękniętej kanapy nikomu nie chciało się naprawić. Plamy na tapicerce okazywały się być niespieralne. Ciasto francuskie zaczęło być zakalcem, a w kuchni zapanowała rutyna. Pomimo faktu, że często tam bywałem, to razu pewnego nie pozwolono mi zasiąść do żadnego ze stolików, bo wszystkie wolne były porezerwowane.... jak się okazało przez następne dwie godziny. Obsługa zaczęła się spóźniać i uprawiać życie towarzyskie. Jak nietrudno się domyśleć powiedziałem nigdy więcej i porzuciłem Mediterian... wróciłem dopiero po parunastu miesiącach... i co?
      Otoczenie to samo, może tylko szarość osiedla przeszła w brunatność, a trawa wyrastała nie spomiędzy płyt, a nowopołożonej, europejskofinansowanej betonowej kostki brukowej. Co ciekawe, ale niekoniecznie estetyczne, wnętrze też bez zmian. Tylko kolory już nie tak żywe, ale tapicerka jakby świeższa. Lokal się powiększył o kolejną, śliczną salę, ale toalety cały czas reprezentują styl 2005 roku z dodatkiem blokerskiego, chamskiego wandalizmu. 
     Jak się okazało obsługa niekoniecznie kadrowo odmieniona, aczkolwiek sporo lepsza niż ostatnio i z pewnością dojrzalsza - co w tym wypadku znaczy mądrzejsza. Od razu można zauważyć, że restauracja ta poszła nie tyle w kierunku profesjonalnego, sterylnego chłodu, co rodzinnego, domowego rozgardiaszu. 


      Na początek, bez uprzedzenia, poczęstowani zostaliśmy (bo z rodziną testowałem) libańskim rosołkiem - zaskakujące to i miłe. Zamówiony na przekąskę humus był znakomity, świetnie skomponowany i niebanalnie podany, a trzeba wiedzieć, że ten specjał kuchni arabskiej mało gdzie przygotowywany jest należycie. Dania główne, właściwie bez wyjątku smaczne. Co dla mnie istotne doskonale przyrządzają tu baraninę. Podobnie jak z humusem, tak i w kwestii owcy na ciepło mam złe doświadczenia z polskimi knajpami. Baranina, nie wiedzieć czemu uchodzi za pomysł egzotyczny i chyba dla tego nie cieszy się wielką popularnością. Z pewną rezerwą podchodzę do ryb 200 kilometrów od morza, ale i te im się względnie udają. Wiele osób chwali sobie warzywne zapiekanki, które wydają się nie mieć nic wspólnego z przeglądem tygodnia. Piętą achillesową Mediterian są przybrania ze świeżych warzyw - wychodzą suche i nieciekawe w smaku, jakkolwiek jest na to sposób - zamawiam specjalnie, ręcznie robioną przez szefa sałatkę z pomidorów i ogórków - i znów wychodzi słońce nad blokowiskiem. Kiedyś udanie eksperymentowałem też z deserami - na przykład lody z gorącymi wiśniami - jednak teraz zabrakło odwagi i miejsca w żołądku. 
     Za posiłek dla całej rodziny przyszło mi zapłacić średnio dużo - coś około 120 zł, myślę jednak, że nie zważając na otocznie nie jest to zbyt wygórowana cena. 
    Słowem podsumowania, pozostając w klimacie Morza Śródziemnego, a Egiptu konkretnie, powiem, że jak Feniks z popiołów, tak i Mediterian z plam i wysiedzianych laurów się podźwignęła. Cała forma knajpy widocznie dojrzała i okrzepła, mamy sympatyczną, choć nie profesjonalna obsługę, ciekawe, choć nie najnowsze wnętrze i smaczną choć nie najtańszą kuchnię.
    Porada dzisiejsza niekoniecznie związana z wyżej opisywanym lokalem. Otóż wybierając się do knajpy często mam ze sobą 5 i 10 złotych gotówką - na napiwek. Pomimo faktu, że należność za posiłek często reguluję kartą platniczą, to sam bonus dla kelnera zostawiam w gotówce, dlaczego? Okazuje się, że napiwki dopisywane do rachunku płaconego kartą trafiają najczęściej do kieszeni właściciela, miast kelnera. Jak wszędzie w gospodarce, tak i w tu polecam unikać pośredników.

czwartek, 18 marca 2010

Grill Stopka - Stopka

     Sam sporo jeżdżę. Nie są to dystanse kierowcy tira, aczkolwiek tyłek boli. Na kilku trasach z Torunia do innych miast znam tyko kilka (3-4) przydrożnych knajp, które warte są polecenia. Co właściwie znaczy, że takie miejsce warte jest polecenia. Hmm... w dobrym miejscu zatrzymujemy się kiedy jesteśmy w trasie, zgłodnieliśmy i wiemy, że tam dają jeść lepiej, niż gdzie indziej. W bardzo dobrej knajpie na trasie zatrzymujemy się nawet wtedy gdy nie jesteśmy głodni, ale szkoda nam tracić okazji, w końcu jesteśmy w okolicy. Do świetnej knajpy po prostu jeździmy - jest sama w sobie celem, a nie etapem trasy. Tak właśnie jest ze Stopką.  Może jestem maniakiem, ale już kilka razy specjalnie tam jeździłem z Torunia - drobne 80 kilometrów w jedną stronę.
     Jak tam jest? Ciekawie. Cały teren restauracji został zamieniony w skansen, a właściwie muzeum. Podobnie jak na balu kombatanta, tak i tu wszędzie otaczają nas starocie. Mamy cały park maszynowy technologii rolniczej, są stare pralki, radia i telefony, patefony, walizki i żelazka, jest żelazny traktor i ręczna pompa strażacka... jest wszystko. Dnia za mało aby to wszytko zwiedzić, a zaryzykuję opinię, że hektar jest do obejścia. Jakkolwiek jestem zafascynowany technologią prac domowych z początku ubiegłego wieku i przejawami geniuszu konstruktorów kieratu, to nie z powodu skansenu jeżdżę do Stopki...
     Potrawy są tu, jak przystało na prawdziwą restaurację, najważniejsze. Na wielkim grillu, nad górą węgla drzewnego, podskwierkują karkówki, kurczaki, szaszłyki i kiełbasa. Co istotne to porcje są słuszne, choć płacimy za wagę potrawy to i tak miło zajadać się karkówka wielkości przejechanego kota. Faktem jest, że dzięki marynowaniu karkówka ma niebywały smak, choć nie zabija tego o co w niej chodzi, czyli smaku dobrego mięsa. A dlaczego dobrego? To proste. Obserwując to miejsce, gdzie klientów jest tylu co w lumpeksie w poniedziałek, doszedłem do wniosku, że przy takim obrocie mięso nie ma in się kiedy zestarzeć - ono zawsze jest świeże. Po wybraniu metodą palca ("O TĘ POPROSZĘ!") dania głównego udajemy się do lady, gdzie wybieramy pieczywo, napoje i co najważniejsze dodatki.... a dodatki to osoba historia. Po pierwsze duży wybór różnych pikli: na ostro, kwaśno, słodko i słono. Po drugie i najważniejsze to sosy. Jakkolwiek właściciel je sobie nazwał, ja mam własne nazwy: biały sos czosnkowy i czerwony sos czosnkowy. Określenie sos jest w tym wypadku mocno nieprecyzyjne - w istocie mamy do czynienia, ze względu na ilość stałych składników, z rzadką sałatką. Jakkolwiek by tę mieszaninę pora, czosnku majonezu, śmietany pomidora oraz innych warzyw i przypraw nazwać to jest to rewelacyjny, świetnie skomponowany dodatek. Całe nasze zamówienie ląduje na tacy (tacach), regulujemy rachunek i możemy przystąpić do konsumpcji.


     Jestem absolutnym fanem tego miejsca, ale czy jest ono ideałem? Nie. Jest pewien drobny zgrzyt, szczegół, którego nie przemilczę - PIEPRZONE PLASTIKOWE SZTUĆCE I PAPIEROWE TACKI!!! Ja rozumiem, że wszystko w konwencji grilla na działce pracowniczej pod Sosnowcem, wiem, że przemawia za tym jakaś logistyka i logika ("bo swołocz pokradnie"), ale na Boga jeśli zostawiam 100 zł za posiłek (ok, ok dla 4-osobowej rodziny, ale stówka jest stówka) to mogę chyba oczekiwać fajansowego talerza i blaszanego widelca. To straszny syf i obciach uciekać się do rozwiązań jednorazowych, tym bardziej, że na miejscu są warunki do urządzenia zmywalni i magazynu. Nie chcę snobować, ale zupełnie inaczej smakuje jedzenie z jakiejś wytłoczonej makulatury, a inaczej ze stosownej zastawy. I jeśli o mnie chodzi gotów jestem za to udogodnienie więcej płacić, tylko nie róbcie (Panie Właścicielu) takiego chamskiego festynu z papieru i plastiku. 
     Ceny - jak wspomniałem - za pełen duuuży obiad dla 2+2 około 100 złotych. Mało jak za  mięso z rożna, sporo jak za knajpę przy trasie.  
     Stopkę odkryłem dwa razy. Pierwszy, kiedy sam tam, przez przypadek, zawitałem. Drugi raz kiedy okazało się, że wielu z moich znajomych, którzy czasem przemieszczają się po kraju, ją zna i próbuje mi nieudolnie tłumaczyć jak tam trafić. Spotkałem się też z wieloma opiniami, że jest to najlepszy grill w Polsce - i za prawdę ja lepszego nie poznałem.
     Jeśli coś jest dobre, a nawet bardzo dobre, to nie znaczy, że nie może być jeszcze lepsze, dlatego warto zgłaszać swoje uwagi i pomysły w lubianych restauracjach - w końcu tak trochę, w pewnym sensie, są one częścią naszego życia - nas samych - dbajmy o nie. Sam mogę się pochwalić, że przez moją upierdliwość, w pewnej warmińskiej karczmie do menu wrócił garus ze śliwek! - bo tak mi go brakowało.

poniedziałek, 15 marca 2010

Gardenia - Olsztyn

     Zacznę od metra. Wszyscy wiedzą czym jest i jak działa. Funkcja kolei podziemnej jest nader prozaiczna - transport ludzi - ma się to odbywać szybko, tanio i niezawodnie. Nikt tu nie przejmuje się wyglądem stacji, pociągów... czyżby? Znam jeden, ale za to jakże odmienny przykład - metro moskiewski. Marmury, kryształy, obrazy, płaskorzeźby i "wysoki połysk". Co tam się stało? Otóż architekt (możliwe, że był nim architekt narodu...) postanowił polączyć ogień z wodą. Plebejska funkcję transportową (z całą specyfiką dworcową) wraz z przepychem i luksusem. Skutkiem takiego zabiegu są bezprizorni (bezdomni) na marmurach pod luksusem kryształowych żyrandoli. Efekt tyleż malowniczy, co groteskowy.
     Olsztyńska Gardenia jest właśnie moskiewskim metrem. Podobnie jak rodziedzcy  budowniczowie, tak i tu postarano się aby w tej willi w środku miasta przepych gościł także we wnętrzu: draperie tkanin, przybrania stołów, błyszczące drewno i wystrojeni kelnerzy. I ktoś mnie może zaraz zapytać, co w tym złego, czy nie tak powinna wyglądać restauracja? Tak, restauracja tak powinna wyglądać, ale to jest stołówka! Przepych miejsca łączony jest, nieudolnie z funkcją. To miejsce za swoją funkcję - główną - przyjęło organizowanie imprez rodzinnych, firmowych, a to wymaga innej infrastruktury niż nawet duża restauracja.Sufit upstrzony infrastrukturą służącą obsłudze roztańczonej tłuszczy (wentylacja, klimatyzacja, nagłośnienie etc.) - cała mozaika tego. Gabaryty miejsca porównywalne chyba tylko z hangarem - aby szef mógł powiedzieć "zmieścimy każde wesele". Lampki świąteczne upięte fantazyjnie na kolumnie, bo: "nikt się zorientuje, że to ozdoba choinkowa, tym bardziej jak będą wyłączone". Nieumiejętnie pochowane szwedzkie stoły z naczyniami grzewczymi. To są te elementy, których nie udało się połączyć z bogactwem wnętrza.  Od wejścia wiedziałem, że w życiu nie byłem w tak ślicznej stołówce. Całym swoim jestestwem Gardenia krzyczy: "Chrzciny, wesela, stypy - TANIO". Choć czy faktycznie tanio to nie wiem, ale do hasła pasuje.  Zatem Gardenia śmiało zasługuje na miano Najpiękniejszej Olsztyńskiej Stołówki. Moje obserwacje nie okazały się fałszywe -posiłek przyszło mi spożywać w sąsiedztwie złotych godów i w rytmach "usia-sia". 
     Co do obsługi, to nie mam zastrzeżeń. Jak już zauważyłem kelnerzy w stosownych strojach, obowiązki swoje wykonywali  szybko i z klasą. 
       Jedzenie mnie zaskoczyło. NOS ma wykwintne menu, realizowane w standardzie szybkiego wesela. Dam przykład. Próbowałem w różnych, niekoniecznie polskich, knajpach zupy pomidorowej z krewetkami. Całość miała ciekawą formę i pojawiała się zupełnie nowa jakość smaku. Jaki jest w  Gardenii przepis na zupę pomidorową z krewetkami? Uwaga: pomidorowa + krewetki! Dramat, ale tak to właśnie wygląda, do zwykłej, pomidorowej (mniej pomidorów więcej rosołu) wrzucono sparzone krewetki i mamy danie "wykwintne". Fee. Co do dania głównego, to zażyczyłem sobie stek, ziemniakami zapiekany z serem i kminkiem, oraz surówki. Surówki straszne - przemielone warzywa, zaczynam się do tego w rodzimych restauracjach przyzwyczajać, z drugiej strony, to czego spodziewać się po stołówce. Ziemniaki bardzo fajne, choć odrobinę zbyt spieczony ser. Stek... Trudno w Polsce zjeść dobry stek - chyba chodzi o brak tej tradycji, doświadczenia. Nasza wołowina się chyba też nie najlepiej do tego nadaje - mówi się, że argentyńska jest do tego stworzona. Jakkolwiek są miejsca, które mogę polecić i Gardenia się do nich NIE zalicza. Stek podano mi z masłem czosnkowym, mięso miało wielkość grubej kromki bagietki - trochę mało. I zaczynając od ziemniaczka i delektując się widokiem jubilatów po sąsiedzku, czekałem na podtopienie masła z czosnkiem. Czekalem. Czekałem. Zdezorientowany, zniecierpliwiony postanowilem opuścić ten punkt rytuału i przejść do krojenia. Jak się okazało czekało mnie najgorsze. MIĘSO BYŁO ZIMNE, a conajwyżej ciepławe, ale nie na tyle aby roztopić masło. Nie trzeba doktoratu  inżynierii materii kulinarnej, aby wiedzieć, że dla topienia się masła wystarczy 30 stopni.... masło na moim steku pozostało twarde. To jest klęska tej knajpy. 

     
     Osoby akapit należy się zastawie. Zdarzało się w metrze stolicy Kraju Rad, że śpieszący się podróżni ślizgali się na błyszczących marmurach, odnosząc przy tym poważne urazy. Podobnie w NOS forma zastawy zdominowała jej funkcjonalność. Jest to przypadłość nie tylko tego miejsca, ale wielu innych "wystawnych" knajp. Za przykład niech posłużą dwa artefakty.  Kwadratowe talerze do zupy, w których operowanie łyżką do udręka.  Noże, które zupełnie nie nadawały się do steków - choć w tym przypadku może restaurator zapomniał, że do tego dania należy podać specjalne sztućce.    
     Prawdziwą pointą niech będzie fakt, że po wyjściu udałem się prosto do McDonalda, głód jest głód. Reasumując przerost formy nad treścią. Przepych, niesmacznie i zimno, a wszystko w rytmach biesiadnych.
     Najlepsze dopiero nadchodzi... Rachunek. I tu mamy pierwszą i bodaj jedyną istotną różnicę z metrem moskiewskim. Tam na bilet stać nawet biedaka, a w NOS kawałeczek zimnego mięsa z twardym masłem  kosztował mnie 35 zł, pomidorowa plus krewetki 14 zł., w sumie w NOS zostawiłem 70 zł. Pewną niezrozumiała dla mnie zagadką jest uwzględnione na rachunku 10% rabatu... Nie prosiłem o nic takiego, nie zgłaszałem swoich uwag... upust znikąd! Poczułem się jak w hurtowni spożywczej, albo na dworcu, gdzie bilet zbiorowy jest tańszy od pojedynczego.
     Na palcach jednej ręki potrafię policzyć wielkie, acz dobre jadłodajnie. W tym biznesie jakość nie idzie w parze z wielkością. Polecam małe, często rodzinne, knajpki - nastawione tylko na zysk półprzemysłowe molochy przynoszą zawsze głód i rozczarowanie.

czwartek, 11 marca 2010

Staromiejska - Toruń

     Zacznę od konkursu. Jaki typ kuchni dziś opiszę? Jaki profil reprezentuje poniższy lokal? Uwaga. Nazwa: Restauracja Staromiejska. Lokalizacja: centrum, średniowieczna starówka w Toruniu. Wnętrze:  Powała z  prawie surowych belek, cegły ścian i sienkiewiczowsko-krzyżacki gotyk na dotyk. Wyposażenie: ciężkie, wręcz toporne, drewniane krzesła i stoły oraz zwisający z sufitu  kandelabr, zwiewny jak melodie Rammstein. Wiesz już? Tak właśnie! To knajpa włoska!... Paradoksalnie to ma sens. Ludzie jeżdżą na Półwysep Apeniński i przywożą różne opinie. Dla mojej Babci, ona najbliżej Italii była kiedy wybrała się do Łomży, Włosi to "wyżelowane, niskie pedały". Ja z Babcią zgodzić się nie mogę, widziałem wielu wysokich Włochów. Niemniej jednak możliwe, że inną cechą narodową tego narodu może być pewna swoboda w organizowaniu życia i przestrzeni. Bałaganiarstwo. Dlatego może ten miszmasz nazewniczo stylowy jest znakiem rozpoznawalnym południowców. W zasadzie nie ma problemu, o ile dobrze gotują.
     Od początku. Wnętrze jak powyżej. Warto wspomnieć, że w środku sporo miejsca, obok sali głównej (o estetyce sali tortur), mamy salę o charakterze, rzekłbym, bankietowym. Białe obrusy, ładna zastawa (z elementami srebra), blichtr. Co ciekawe w zimie miejsce zimne, no ale skoro jest zima, to musi być zimno. 
     Przystąpienie do zamówienia nie jest proste. Zwrócenie uwagi kelnerki - wymaga tańca na stole. Dziewcze zajęte obowiązkami za ladą barową przyjmuje, że obsługa oczekujących klientów to nie jej główne zadanie... Cóż knajpa włoska - chaos w ustaleniu priorytetów obsługi.
     Menu. Zagadką jest i niewiadomą. Jak by mi ktoś zaoferował do wyboru: zdradzenie tajemnicy świata w rodzaju - po co mężczyznom sutki i zdradzenie motywacji autora karty dań ze Staromiejskiej - wybrałbym to drugie. Tam nie ma bałaganu... Tam jest hiperburdel. O kolejności umieszczania w nim potraw decydował ślepiec rzucający kostkami do gry za plecy. Pomieszane dokumentnie. Składniki potraw wymienione w języku polskim i włoskim (?), angielskim (?), nawet japoński jest. Mamy na przykład opis pewnego dania: ... pomodoro, mozarella, presciutto, szynka włoska, oliwki.... No i te ceny: część pizzy 19.90 zł, aby następne 3  pozycje 20.00 zł... O co chodzi z tymi 10 gr??? Ale nic. Włoskie menu - swoboda w układaniu menu. Odrębną sprawą są kompozycje pizzy, a właściwie stosowane składniki: parówki, małże, kapary i jajko sadzone. Właściwie trudno tu o "tradycyjnie" skomponowaną pizze. Cóż - południowa fantazja i smaki.
     Generalnie Staromiejska zadziwia na każdym kroku... Nieporządek wkrada się tam gdzie nikt o zdrowych zmysłach by go nie podejrzewał. Kiedy byłem tam ze znajomym - byliśmy akurat sami w lokalu. Zamawialiśmy pizze w tym samym momencie... moja przyjechała jakieś 7 minut przed jego - jak Boga kocham nie wiem skąd to opóźnienie. Kiedy wspomniany kolega, gustu plebejskiego, poprosił o ketchup do pizzy podano go w metalowym pucharku do lodów. Oczywiste jest, że na rachunku, na który przyszło poczekać, znalazła się pomyłka  - i to na naszą korzyść.
     Prawda jest taka, że przy takiej ilości zabawnych, dziwacznych sytuacji i zjawisk można się tylko do pewnego momentu irytować i złościć. Ja po 15 minutach dałem sobie spokój i z pewnym niepokojem, ale i niecierpliwością czekałem na rozwój wypadków, każdą kolejną pomyłke przyjmując z uśmiechem i pobłażliwością. Zachciało się Włoch na 53 równoleżniku to mam, do cholery, co chciałem. Zaprawdę nie sposób się zlościć - trzeba się tylko przyzwyczaić, a najlepiej rzucić w ten apeniński wir. Tak też zrobiłem.


     Szaleję tam z pizzą i zamawiam losowe pozycje i nigdy się nie zawiodłem. Jeśli trzymamy się stereotypów to do końca - w wydaniu Staromiejskiej kuchnia włoska jest nieprzewidywalna w formie i rewelacyjna w smaku. Po ostatnim losowaniu wyszło, że mam się zmierzyć z pizzą z jajkiem. Nie żałowałem. Jajko sadzone na placku z serem i innymi dodatkami - wyjątkowy smak - szczerze polecam. 
     Zaprawdę dobra to kuchnia i wykonanie. Pewnym potwierdzeniem mojego poglądu są "tłoczne godziny" w lokalu, kiedy to trudno o miejsce. Co ciekawe, ale chyba już nie dziwne po lekturze powyższych niesamowitości, gros klientów tej restauracji stanowią ... Japończycy - widywałem już ich tam wielokrotnie.
    Za doświadczenie Staromiejskiej zapłacimy niewiele... jak na wyjazd nad Morze Śródziemne, aczkolwiek sporo jak za pizzę w Toruniu. Na posiłek dla jednej osoby musimy rezerwować około 30 zł. 
     Warto czasami zaszaleć - uwolnić się od gorsetu miejscowej kultury i odważnie spróbować nowych smaków, pomysłów na kuchnie i życie - taka dziś moja rada.

poniedziałek, 8 marca 2010

Metropolis - Toruń

     Według mojej Babci dobre produkty nie muszą się reklamować - analogicznie reklamują się tylko te słabsze... Hmm tyle mądrości życiowej Babci - ile w nich prawdy nie wiem, ale brzmią jak głupawe slogany. Miałem, jednak okazję zbliżyć się do istoty rzeczy/problemu, jako że stopa moja postała w bodaj najintensywniej promującej się w Toruniu knajpie - Metropolis. 
     Pierwsze wrażenie dotyczyło, jak zwykle, wnętrza. Do dyspozycji klientów trzy spore sale. Całość bardzo sprytnie i funkcjonalnie zaaranżowana w boksy. Dzięki wydzielonym "przedziałom" ma się wrażenie pewnej intymności i przytulności zajmowanego miejsca, paradoksalnie "upchanie" przegród między stolikami pozwoliło na przygotowanie większej ilości miejsc dla gości (stoliki mogą stać bliżej siebie) - za to wielki plus dla właściciela.  Miły, atrakcyjny dla oka wystrój - wszędzie pstrokato, śmiesznie, ciekawie. Być może czas funkcjonowania wnętrza, a może ilość, bądź charakterystyka gości sprawiły, że całość nie pozbawiona jest już drobnych zniszczeń. Gdzieniegdzie odkleja się ściana, miejscami obtłuczenia, obdrapania i tym podobne. Jakkolwiek braki generalnie giną w pstrokaciźnie. Jest jeszcze jeden mankament wnętrza. Pierwsza sala - ta z witrynami od strony ulicy - była potwornie zimna - choć na dworze było umiarkowanie mroźno. 
     Pewnym wyróżnikiem tej jadłodajni jest spora liczba kelnerek. Fakt ten jest oczywiście determinowany liczbą stolików, jakkolwiek nie wszyscy właściciele gastronomii o tym chyba wiedzą i często szukają pierwszych oszczędności w redukcji etatów kelnerskich. Samobój i pazerność. Tu tego problemu pozornie nie było - kelnerek sporo, rozstawione w strategicznych miejscach i wyglądające na oczekujące obowiązków. Niestety za ilością nie poszła w parze jakość. Pomijam już oczekiwanie na rachunek, czy brak propozycji czegoś jeszcze (np. deseru). Jako dorosły, poważny (?), facet nie wiem jak mam zareagować gdy siksa-kelnerka podając mi pizze wskazuje na talerz przede mną po skończonej sałatce i mówi: "Zabierze Pan to!"- bo ona nie ma gdzie pizzy postawić... Interpretuję to już nie tylko jako brak profesjonalizmu, ale wrodzone prostactwo. Zastanawiam się jakim cudem trafiła do obsługi w restauracji, ba do miasta i ludzi. Co istotniejsze: kto ją zatrudnia??? Może tylko takie osoby zgadzają się pracować za głodowe 4,5,6 zł na godzinę...


     Prawdziwe problemy zaczęły się wraz z podaniem "jedzenia". Sałatka.... kiedy ją podano zaniemówiłem - wyglądała źle i nieapetycznie. Kiedy się ocknąłem i spojrzałem lekko otumaniony jeszcze raz, zastanawiałem się czy to mi podano, czy właśnie zwróciłem. W istocie przypominała treść żołądka. Sałatka to nie surówka! W restauracji nie ma prawa mieć postaci zmielonej.  W sałatce bez pomocy analizy kodu genetycznego próbek powinniśmy sami rozpoznawać składniki. Pomidor to pomidor, cebula to cebula, a kurczak to kurczak. Tu wszystko miało postać brei. 
     Pizza - ten sam problem co z sałatką nieczytelne w smaku, nieatrakcyjny wygląd i powinno się nazywać "wyrób pizzopodobny". Jeśli właściciel chciał udowodnić, że z najtańszych produktów można zrobić coś smacznego - to poległ. Szynka była "udawana", ananas z puszki, a ser fee. I już zupełnie nie miał znaczenia fakt, że moja pizza była przypalona. Wystarczy jedno zdanie, aby podsumować tę "pizze": ciepły, okrągły placek pełen śmieci.
     Do całości doskonale pasowały okropne, sztuczne sosy. Majonez był normalny, koperkowy i chilli smakowały jak plastykowa butelka. Czy tak trudno jest poświęcić 20 minut dziennie, aby przygotować własne sosy, z prawdziwych składników, od podstaw?
     Podsumowując grzechem pierworodnym kuchni były tanie, złej jakości produkty. Sałatka była ewidentnie mielonką z pozostałych, niewykorzystanych do pizzy ingredientów. Wszystkie te problemy mają wspólne źródło - pazerność właściciela. Nic dziwnego, że nie poprawia ich jakości, może nie ma pieniędzy, jak się już "wypstrykał" na reklamę.
     Czy lokal znajduje gości? Owszem. Miejsce wygląda na ulubiony lokal gimnazjalistów, pewnie tu randkują i próbują w tajemnicy piwa inwestując kieszonkowe. Prawda też znana od czasów Platona, że głody student (a sporo ich w Toruniu) zje wszystko, aby tanio. I faktycznie Metropolis jest bardzo tanie - żołądek zapchamy już za mniej niż 20 złotych, choć lojalnie ostrzegam, że nie wiem jak długo zechce nasz organizm to w środku trzymać. Chcąc zbudować ranking wewnętrzny Metropolis obstawiałbym jak następuje: 1 miejsce - Ceny, 2 Wystrój, 3 Obsługa, 4,5,6,7,8... itd., długo, długo nic i 138  "jedzenie".
     Mówiąc uczciwie nie było to najgorsze miejsce w którym ostatnio jadłem - gorzej było na przykład w Via Napoli  w Olsztynie. Moja wściekłość wywołana jest przez nachalną reklamę raczej, czy też fakt, że poczułem się oszukany. Miało być mniam, a było fee.
      Babcia w tym wypadku miała rację, gdyby nie reklama, miejsce to skazane by było na porażkę i plajtę. W wypadku gastronomii chyba faktycznie reklamują się słabi ... Starczy włączyć telewizor i zobaczymy jakie "restauracje" się promują.
     W świetle dzisiejszego tekstu porada oczywista. Czujność nasza powinna być wyostrzona i ostrożność zachowana kiedy widzimy niskie ceny i krzykliwą reklamę. NIE DA SIĘ, DO JASNEJ CHOLERY, PRZYGOTOWAĆ DOBRYCH POTRAW Z BYLE JAKICH, NAJTAŃSZYCH PRODUKTÓW. Dobre jedzenie musi swoje kosztować. Także mam się na baczności wobec jednocyfrowych cen dań. 

Karczma Warmińska - Gietrzwałd

     Różne są kategorie restauracji „przy trasie”. Czasem jest to namiot z wojskową grochówką, czasem „wszystkomający” bar przy stacji benzynowej, a czasem … Gietrzwałd. Moje pierwsze wrażenie, kiedy kilka lat temu wszedłem do Karczmy Warmińskiej było właściwie zakłopotaniem. Nie jest to byle bar przy trasie, a jedna z większych restauracji jakie znam (myślę, że min 60-80 stolików w sezonie). Nie jest to do końca przy trasie, bo należy zjechać do centrum miejscowości Gietrzwałd – a jest to z osiemset metrów od głównej trasy (Toruń-Olsztyn). Budynek z zewnątrz nijaki i nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że trafiłem do jakiejś „liftingowanej” knajpy GSu. Błąd. W środku tradycyjnie, ale nie wieśniacko. Prosto, ale nie siermiężnie. Stoliki z cepelnianymi krzesłami, trochę ludowych artefaktów na ścianach, ale nie jest to skansen. Obsługa w strojach ludowych, regionalna muzyka (po kilkunastu wizytach stwierdzam, że warto by kierownictwo rozważyło zainwestowanie w drugą płytę – dołożę się nawet).
     Błąkając się owym pierwszym razem po wielkiej sali Karczmy, podrygując w rytmach oj-dana-dana i czepiając koszulą o widły uwieszone z powały natrafiłem na ścianę… Spora ściana wypełniona trofeami dla Karczmy Warmińskiej. Dyplomy za wyskoki miejsca w konkursie pieczenia indyka, wyróżnienia Pascala, puchary od marszałka i gazet. To świadczy o kilku rzeczach. Pierwsze - knajpa ma się za dobrą dlatego nie boi się konkurować. Drugie - kilka osób podziela zdanie właścicieli i nagradza. Trzecie – ludziom się chce i nie ograniczają się tylko do gara i stolika, ale bawią się, są oryginalni, szukają.
     Niestety z przykrością stwierdzam, że Karczma idealnie nadaje się do mojej notatki, bo: „fajnemu posiłkowi towarzyszyła chamska/nieudolna/zła obsługa”. Rozumiem, że restauracja jest obszerna, ale oczekiwanie na zainteresowanie kelnerki 5 minut jest żenujące. Dziewczęta nie wiedzą czym jest uśmiech. Zmuszają klientów do wyczytywania z ich twarzy bólu marnowanego życia, niepowodzeń walki z nadwagą i kompleksów nieukończenia szkoły podstawowej. Zupełnie nie dbają o sensowne rozłożenie w czasie serwowania potraw. Złym standardem jest podawanie ciepłego dania, kiedy nie jest skończone poprzednie. Jakiś niezrozumiały dla mnie imperatyw kelnerek sprawia, że zamiast pofatygować się do klienta i rozpocząć/kontynuować/zakończyć jego obsługę czują się w obowiązku ustawiać stoliki na wieczorną imprezę. Z uprzejmością też różnie. Na delikatną krytykę mają trzy strategie: oburzyć się, olać ją, obrazić się. Uwaga! Często spotykamy strategiczny combo-breaker i mamy trzy na raz. Na temat obsługi mam swoją teorię. Od kiedy w okolicy padł PGR mentalnie mieszkańcy, potencjalni pracownicy swoją postawę przerzucili na innego dużego pracodawcę. Jak się nie chciało, ale się musiało chodzić do PGRu tak też się nie chce, ale się musi chodzić do Karczmy. Pracodawca też czuję się chyba w roli kierownika spółdzielni, bo bierze sobie okoliczne dziewki i uszczęśliwia, niespecjalnie się o jakość ich pracy troszcząc.


     Jedzenie jest wyśmienite. Na początek czekadełka w postaci ogórków, chleba i smalcu własnej produkcji. W różnych miejscach umila się czas oczekiwania na posiłek, aczkolwiek jakość serwowanej „przed-zakąski” w Gietrzwałdzie jest szczególna. Pyszny smalec, świeży ciemny chleb i dobre ogórki. Kuchnia regionalna, menu oparte głównie na mięsie. Dużo go tu i jest dobre. Bardzo ciekawy zestaw zakąsek. Zupy w najlepszym wydaniu. Zestaw obowiązkowy – w moim przypadku to: garus ze śliwek, kiszka ziemniaczana z borówkami i świeżynka z golcami. Garus to specyficzna bardzo gęsta zupa na słodko z dużą ilością śmietany i klusek lanych - mi smakuje bardzo, choć jest mocno kontrowersyjna jeśli idzie o smak i formę wobec „normalnej” zupy. Kiszka ziemniaczana to nic innego jak „kiełbasa” z masą ziemniaczaną podawana z wytrawnymi owocami leśnymi – dobre i wybitnie regionalne danie. Świeżynka - mieszanina różnych drobno skrojonych, wysmażonych mięs (m.in. boczku, karkówki, ale i wątróbki) podawana z kluskami. Proponuję zamiast standardowego przybrania wziąć kapustę z kminkiem – całość wówczas się doskonale komponuje i ma niepowtarzalny smak. Zaproponowany przez mnie zestaw ma jeden szkopuł… jest nie do przejedzenia! Wszystkie porcje są duuże i nawet ja mam problem ze zmęczeniem choćby zupy i dania głównego.
     Uwaga drogo. Zaproponowany przeze mnie zestaw wraz z napojem to około 60 złotych plus napiwek. Jakkolwiek jeśli nie potraktujemy Karczmy jak baru przy trasie, a restaurację olsztyńską – wówczas sprawa nie wygląda tak źle.
     Banalna dziś porada. Nie oceniać książki po okładce. Gdyby nie wielki głód nigdy bym nie zdecydował się wejść do budynku przypominającego GS - tym samym nie odkryłbym perełki w postaci Karczmy Warmińskiej. Nie bójmy się eksperymentować - czasami trzeba zamknąć oczy i włożyć do ust.

piątek, 19 lutego 2010

Chang-Lin - Toruń

     Zasadniczo wszystko tam zaskakuje. Geneza: Na początku była ciasna buda... i doskonale ją pamiętam. Na wielkim toruńskim blokowisku - Rubinkowie - powstaje chińska jadłodajnia, w czasach gdy podobne miejsce w Toruniu nie istnieje, a jeśli już miałoby istnieć, to powinno znajdować się na starówce. Tylko wariat w tamtych czasach próbuje sprzedawać chińszczyznę, powszechnie przecież wiadomo, że wystarczy buda kempingowa, frytkownica i słoiczek po majonezie z dziurkami w wieczku, aby stać się świetnie prosperującym restauratorem. Więc po pierwsze lokalizacja, po drugie profil. Budynek podobnie jak prezydent Kwaśniewski w ciągu kilku lat powiększał się i obrastał z różnych stron zmieniając swoją pierwotną formę nie do poznania. 
     Teraźniejszość. Skutkiem tych transformacji mamy dziś do dyspozycji dwa piętra restauracji, gdzie na parterze oczy cieszy mini staw, tudzież wielkie akwarium. Całe wnętrze aż do przesady przepełnione jest motywami orientalnymi, na wypadek jakbyśmy zapomnieli, że jesteśmy w restauracji chińskiej o nic niesugerującej nazwie: Chang-Li. Cała restauracja jest bogato przeszklona, co daje nam: 1.  uczucie bycia w akwarium 2. malowniczy pejzaż najruchliwszej toruńskiej arterii - 3-pasmowej Lubickiej i rubinkowskich drapaczy chmur sięgających niebotycznych 30 metrów. Jakkolwiek bym się silił na złośliwości, prawda jest taka, że wnętrze jest bardzo przyjemne i za każdym razem kiedy tam jestem dziwie się, że tak miło spędza się tam czas pomimo koszmarkowatego, nieprzyjaznego blokowiska wokół. Trzeba też zauważyć, że wnętrzu przydałby się mały face-lifting, bo raz że całość już "trąci myszką", dwa, że widać pewne ślady wyeksploatowania - krzeseł, ozdób, wejścia, itd.
     Obsługa.... Mam wrażenie, że w tym przedziale cenowym trudno znaleźć lepszą. Pan kelner spełnia swoje obowiązki w sposób wręcz wzorowy. Z godnością i grzecznie przyjmuje zamówienie, doskonale zna kartę dań, składniki potraw. Fachowo i kompetentnie doradza. Przy stoliku pojawia się dokładnie tak często jak należy. Już krótkie spojrzenie wystarczy, aby zasugerować mu, że jest proszony.  Zawsze w nienagannie wyprasowanej białej koszuli i stosownych spodniach. Z olbrzymią przyjemnością zostawiam mu minimum 10 zł napiwku. Wiem, że nie tylko ja go cenię, doceniam, co pozwala mi podejrzewać, że człowiek dzięki swojej dobrze wykonywanej pracy całkiem nieźle zarabia. Zapraszam wszystkich nieudacznych kelnerzyków i sfrustrowane, wiecznie dotknięte PMSem studenteczki-barmaneczki do Chang-Li. Zobaczcie jak można wykonywać dobrze tę pracę, aby potem nie płakać i nie użalać się nad  swoim losem tłumacząc swoje lenistwo, nieudacznictwo klientami/szefem/knajpą. 


     Jeśli chodzi o standard serwowanych potraw, to jest on od lat niezmiennie wysoki. Wszystkie dania charakteryzują się ciekawym, orientalnym smakiem. A co w tym dziwnego, że kuchnia chińska smakuje orientalnie? No właśnie sporo - grzechem głównym, moim zdaniem, rodzimych "chińszczyzn" są zabiegi zmierzające do zeuropeizowania smaku. Efektem takich poczynań są dania ze składników charakterystycznych dla kuchni orientalnej, w formie też orientalnej, ale o smaku schabowego z kapustą. Cały wic polega na tym, że chińszczyzna ma troszkę śmierdzieć portem w Szanghaju i wykrzywiać gębę Mao Tse Tungiem - inaczej nie rozwija nam zmysłów, nie ubogaca doświadczeń kulinarnych. 
     Gorąco polecam ichnią zupę słodko-kwaśną. Znajdziemy w niej i kurczaka, ananasa. Całość ma formę bardzo gęstą i aromatyczną. Dodatkowo dzięki spożywaniu porcelanową łyżką nasze myśli wędrują daleeeeko na wschód od blokowiska. Efektu nie psuje nawet plotka, która swego czasu obiła mi się o uszy, jakoby kultowa zupa przyjeżdżała półgotowa z Niemiec w plastikowych hobokach od farby...
     Z dań głównych polecam H5 czyli wołowinę. Na nasz stół trafia głośno skwiercząca i parująca wołowina w kawałkach przygotowana z dużą ilością sosu sojowego. Porcje są bardzo obfite. Rzecz charakterystyczna - serwowany osobno biały ryż wagowo może stanowi 25% mięsa co dla naszych przyzwyczajeń -zapychania mniej wartościowymi dodatkami- jest dość szokujące.  
     Ceny - umiarkowane. Obiad złożony z zupy i dnia głównego oraz półlitrowego napoju ( +5 do wrażenia) niecałe 30 zł. Prawda jest taka, że za te jedzenie i tę obsługę skłonny byłbym płacić nawet więcej. IMHO najlepsza orientalna kuchnia w mieście, jeśli chodzi o otoczkę "wokół-kulinarną" również ścisła czołówka Torunia.
     Wujek Dobra Rada od Czapy. Ryby jem tylko w okolicy zbiornika wodnego. Ryba to nie studencka bułka z masłem, że po miesiącu smakuje tak samo. Radzę też przy okazji sprawdzić, czy czas kiedy jemy daną rybę, jest okresem jej połowu. No i nigdy nad morzem nie zamawiamy karpia, czy pangi, jedynie gatunki w danym akwenie dostępne. W razie niestosowania się do powyższych wskazówek sugeruję udać  się do najbliższego McDonalda na Filet-O-Fish, i taniej nam wyjdzie bez podróży i różnicy nie poczujemy -  jak mawiała moja babcia - mrożónka to mrożónka.

poniedziałek, 15 lutego 2010

Globetrotter - Wrocław

     Od lat zastanawia mnie pewna kwestia... Czy może być dobrze i tanio? Nie dotyczy to wyłącznie gastronomii, ale w ogóle. Niezależnie od tego co myśli większość, stoję na stanowisku, że chyba można spotkać jakość w niskiej cenie.  Ketonal - bardzo skuteczny lek przeciwbólowy - 30 tabletek za 3-4 zł.  Jednolitrowy napój energetyzujący z Carrefoura z czerwonym bykiem na naklejce - 2.99, równie skuteczny jak Red Bull, choć 6 razy tańszy. Niestety sytuacje takie należą do wyjątków.
     Restauracja Globetrotter z Wrocławia stanęła pewnie przed podobnym wyborem i zaryzykowali. Chwalą się kuchnią międzynarodową, ba światową. Spróbujemy tu zarówno napoju z jaskółczych gniazd, jak i steku z kangura, strusia i krokodyla...
     Wpadłem do nich późno... w środku tygodnia... ok.22. Wchodząc od razu zauważyłem Panią z obsługi zajętą rozmową ze znajomymi przy barze... Pierwsza irytacja. To tak jakby taksówkarz jeździł z kumplem i klientami. Brak profesjonalizmu. No moje kurtuazyjne pytanie "czy można" spotkałem się ze wzrokiem i pauzą dobitnie wyrażającą... "zawsze zdarzy się taki jeden przed zamknięciem i zmusi nas jeszcze do pracy - idź precz" Zresztą werbalny odzew był niewiele lepszy, bo było to coś w rodzaju "no ewentualnie jeszcze tak", gdzie przypominam została godzina do zamknięcia. To co mogę powiedzieć o wystroju to to, że ewidentnie wyglądał na adaptację wcześniej zastanego wnętrza. Tak jakby właściciel nie chcąc się wykosztować postawił tylko na lifting, a nie remont. Przykład.... "artystycznie" poupinane tkaniny z sufitu, czy krzesła bankietowe po 75 zł sztuka. Jeśli nie ma pieniędzy na wystrój, to ratowanie się takimi półśrodkami przynosi efekt komiczny, a nie maskujący. Miało być fajnie, a wyszło tanio. 


     Niestety moje obawy wobec jedzenia również się potwierdziły. Mięsa egzotyczne były, według mnie, niczym innym jak ofertą jednego z dużych marketów dla osób prowadzących działalność gospodarczą, gdzie w przystępnej cenie można nabyć egzotyczną mrożonkę, choćby z kangura. Miało być fajnie, a wyszło tanio. Na zamówiony falafel czekałem 22 minuty! Przypominam, że byłem prawie sam w restauracji. Kiedy go dostałem pożałowałem tego natychmiast. Ewidentnie kucharz nie miał pojęcia o przyrządzaniu tego bliskowschodniego przysmaku. Okazał on się tak spieczony, że nie sposób było go rozgryźć. Powinien być jedynie lekko chrupki z zewnątrz, tymczasem na skutek nieumiejętnego smażenia, przechowywania dostałem ciepły kamień. Zaserwowana z nim pita była gorąca i nieświeża - typowa mikrofalowa odgrzewka - jak hot- dog na stadionie dziesięciolecia. Po chwili kolejna wpadka - kiedy jeszcze łupałem falafel, po 3 minutach od dostarczenia go, dostałem kolejne zamówione danie - tak aby stygło, choć może wykazano wobec mnie litość, tak abym nie musiał dłużej męczyć się z przystawką. Daniem głównym był smażony ser z frytkami, z repertuaru potraw naszych południowych sąsiadów. Grzechem podstawowym tego dania była jego ciężkość. Wszystko obciekało tłuszczem i nie specjalnie powodowało wzmożoną pracę ślinianek. Całość popijałem napojem z jaskółczych gniazd... gdzie gniazda miały tylko udział marketingowy. Dane mi w życiu było spróbować tegoż napoju w oryginale i był nieklarowną cieczą o ciekawym smaku pełną stałych fragmentów materii. To co mi w Globetrotterze podano było jakąś lekką, przejrzystą, wersją europejską, myślę, że też pochodzenia supermarketowego.
     Tak się zdarzyło, że dzień wcześniej cierpiałem jeszcze na grypę jelitową, wiążącą się z mękami gastrycznymi i typowym oczyszczaniem organizmu "na dwa końce". Kiedy tak siedziałem w Globtroterze w oczekiwaniu na rachunek, oddając się refleksji nad tym co trafiło do mojego żołądka, wówczas właśnie dolegliwości poprzedniego dnia wspominałem z pewnym sentymentem. W końcu po kilkunastu minutach sam pofatygowałem się do baru zapłacić. Dramat. Miało być fajnie, a wyszło tanio.
     Drodzy restauratorzy! Nie można zrobić kuchni świata opierając jej wyłącznie na półgotowych produktach z supermarketu, podobnie jak nie można otworzyć biblioteki posiadając tylko kolekcję Harlequinów, czy kiosku mając jedynie do dyspozycji gazetki reklamowe supermarketów. Działanie takie to zwykłe cwaniactwo i amatorszczyzna.  W bitwie moich myśli czy może być dobrze i tanio Globetrotter wyraźnie stara się mnie przekonać, że nie.
     Smaczku, a raczej niesmaku sprawie dodaje fakt, że jedną z osób reklamujących to przedsięwzięcie jest Martyna Wojciechowska... Z całym szacunkiem dla pani Martyny zakładam, że wypowiadając pochlebne słowa o tym miejscu była tuż po jakiejś wyprawie do afrykańskiego buszu, czy może na Księżyc i wobec nawet najpodlejszej jadłodajni zareagowałaby entuzjastycznie... innego wytłumaczenia nie widzę.
     Hmm moja Babcia, chyba za reklamą, powtarzała, że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego. Z pewnością zasada ta znajduje swoje odbicie w świecie jadłodajni. Z doświadczenia wiem, że miejsca, które czują się na siłach serwować "kuchnie świata", okazują się wielkimi niewypałami. Polecam miejsca w jakichś regionach wyspecjalizowane.

piątek, 12 lutego 2010

Maxim - Stawiszyn

     CHCIELI MNIE OTRUĆ.... ale po kolei. Wracałem z Wrocławia. Między Kaliszem, a Koninem zgłodniałem, to i za knajpą wyglądam. I tu nagle, zza zakrętu wyłania się taki ładny, duży, nowy zajazd. Maxim. Już nazwa nieco czereśniacka, bo strasznie oblatana. "U Maxima w Gdyni", a i w Toruniu jest Maximus, ale nie będę uprawiał czepialstwa... nie muszę. W środku widać, że "po nowemu". Kominek z szybą, bar sałatkowy, płaski TV. Ale tu zaciek, tam zaciek, a tu i grzybek, czy inny syfek zniszczył pół powały. Pani kelnerka w firmowym wdzianku niczym stewardesa - całkiem nieźle. Typowy przestronny lokal w typie "jesteśmy na zadupiu, żyjemy z kierowców i  wesel".
     Na co miałem ochotę? - podróżne flaczki - mają, placek węgierski - też jest choć nazywają go cygańskim i jeszcze cola. Drobne 20 minut czekania.... za długo, za długo jak na miejsce przy drodze, w którym prawie nie ma ludzi. I zaczęło się... Cola. Fajnie, że półlitrowa szkoda, że tak mało gazu... ale dlaczego? - bo 2 miesiące przeterminowana... Jakże bardzo pocieszał mnie fakt, że jak wyślę smsa to wezmę udział w losowaniu skutera... w lipcu zeszłego roku. Po mojej uwadze Pani Kelnerka strapiła się i zapewniła, że nie obciążą nią mojego rachunku, ale nie zaproponowała innego napoju! Czy ze mną jest coś nie w porządku, czy świat stanął na głowie? Podali mi syf, to prócz "przepraszam" przydało by się "proponuję Fantę, ma jeszcze tydzień ważności", albo cokolwiek, abym o suchym pysku nie siedział... i aby nie było wątpliwości nie oczekuję darmówki za wpadkę, chętnie zapłacę, jakakolwiek propozycja mnie ucieszy, aby nie przeterminowana. Brak. To było pierwsze podejście do otrucia.
     Flaczki. Jak zostaję kawalerem, to czasem nachodzi mnie ułańska fantazja i kupuję flaczki (taka foliowa kiełbasa ze zgalarconymi flakami wewnątrz). Wkładam do garnka, na pół kubka wrzątku, tak co by lepiej dochodziło. Pół łyżeczki Vegety, pięć kropel tabasco i mam obiad. I chyba tajemnice znali też w Maximie. Ale nie wpadli na tabasco. I nie mieli Vegety. I chyba flaczki się już kończyły... Do garści skrawków dolali wody, aby więcej było, ale pani Helenka (co "na kuchni" pracuje) zauważyła, że coś jest nie tak, smaku nie ma... to dodała Helenka przyprawę do zup - pół buteleczki dla pewności. To co mi podano było niezjadliwe. Potwornie słony wywar prawie bez istoty w postaci flaków. Miałem wrażenie, że to nie zupa, a jakiś techniczny płyn do usuwania rdzy z ostrzy kosiarek. Bardzo złe, bardzo. W tym jednak wypadku też w porę poznałem się w podstępie i nie dałem się otruć. Popróbowałem i zostawiłem. 2:0 dla mnie.

   
     Placek cygański vel węgierski. Olbrzymi sentyment mam do tego smaku. Była kiedyś w Toruniu knajpa węgierska, "Hungaria" a jakże. Podawali tam przepyszny "Placek z Porkoltem". Od czasu do czasu ochota na takiż placek wraca i z różnym skutkiem ją zaspokajam. Tym razem było źle, bardzo źle.  Co za filozofia placek węgierski? Placek ziemniaczany, złożony w pół. W środek dajemy gęsty gulasz, całość zdobimy dodatkami. Jest u ludzi takie przekonanie, że jak przepis jest prosty, to każdy go zrobi dobrze - błąd. To że do mnie jest niesiony placek wiedziałem dobrą chwilę zanim wylądował przed mną. Skąd? Smród. Ktoś wpadł na pomysł aby całość posypać startym serem... Nie mam nic do topionego sera. Uwielbiam go na pizzy jak i w innych wcieleniach, ale drogi Panie Właścicielu Maxima i Pani Helenko, niektóre gatunki sera żółtego po roztopieniu śmierdzą! I jeśli nos Pani Helenki "na kuchni" jest wadliwy, to należy go wymienić z całą Panią Helenką. To co dostałem śmierdziało niemiłosiernie. Rzadko kiedy narzekam na zapach jedzenia, ale to było złe. Bardzo złe.  A co się w środku znalazło? ano wiele z czerwoną fasolą włącznie. Całość tak naprawdę miała postać zbitej mieszaniny. Prawie jednolitej masy, o bardzo nieciekawym smaku. Ohydna śmierdząca papka. Trzecia próba otrucia - najmniej udana.
     Rachunek? Jakie ma to znaczenie, ważne że żyję! ... choć przeterminowana Cola się na nim znalazła. Jeśli płacić za zatrucie to za pakiet - wszystkie części zestawu. Podsumowanie chyba zbędne - knajpa tragiczna, nawet za karę tam nikogo nie poślę. Było źle, bardzo źle... miejsce przedostatnie w moim rankingu, tylko przed Via Napoli z Olsztyna. 
     Rada oklepana, banalna, ale jakże warta przypominania. W trasie na jedzenie zatrzymujemy się tylko w miejscach gdzie parkingi są już pełne. Kierowcy, szczególnie zawodowi, zazwyczaj wiedzą gdzie warto jeść, korzystajmy z ich doświadczenia.